Dariusz Guzik

697 Flips | 1 Magazine | 6 Followers | @DariuszGuzik | Keep up with Dariusz Guzik on Flipboard, a place to see the stories, photos, and updates that matter to you. Flipboard creates a personalized magazine full of everything, from world news to life’s great moments. Download Flipboard for free and search for “Dariusz Guzik”

Być snem niczyim pod tak wielu powiekami… 29 grudnia 1926 roku Rilke umiera w Valmont. 2 stycznia zostaje pochowany w mogile przy murze kościółka w Raron, wzniesionego wysoko ponad doliną Rodanu.

Sto czterdzieści dwa lata temu, 4 grudnia 1875 roku, w Pradze czeskiej przychodzi na świat René Karl Wilhelm Johann Josef Maria Rilke. Pan jest poetą, prawda?… Właśnie o to chodzi, Fräulein – wyjaśnia Ewald – że sam nie wiem. A kiedyś wreszcie trzeba się tego dowiedzieć, prawda? Tak, co do ojca… To wspaniały człowiek. Kocham go. Jest taki dystyngowany i serce ma szczerozłote. Ale ludzie pytają go: „Kim jest pański syn?” A on się wtedy wstydzi i jest zakłopotany. Bo cóż tu powiedzieć? Tylko poetą? Po prostu śmieszne. Nawet gdyby to było możliwe, to przecież żadne stanowisko. Nie daje dochodów, nie daje żadnego stopnia służbowego ani uprawnień do emerytury, słowem: taki człowiek nie jest związany z życiem… A ja sam mam tyle wątpliwości. Doprawdy: całe noce leżę bezsennie, ze złożonymi rękami, i dręczę się: „Czy jestem godzien?”. {Z „Ewalda Tragy”, przeł. W. Wirpsza; na fotografii: René Rilke z ojcem Josefem, rok 1884}

Sierre, rok 1924. W tamtejszym hotelu Château Bellevue zatrzymywali się wszyscy goście poety, odwiedzający go w jego wieży zamkowej Muzot (m.in. księżna Marie von Thurn und Taxis). Również sam Rilke chronił się w Sierre, gdy samotny pobyt w Muzot stawał się dlań zbyt uciążliwy.

Nigdy umarłym nie wzbraniałem odejść, oszołomiony ich pewnością celu, tak rychłym ich zadomowieniem w śmierci, ich, wbrew opinii, racją. Tylko ty, ty wracasz; muskasz mnie dotykiem, przy mnie krzątasz się, szukasz, o co by potrącić, by dźwięk cię zdradził. Nie odbieraj tego, co długo sobie przyswajałem. Słusznie; nie warto tęsknić za tym, co wzruszało. {Z „Requiem pamięci przyjaciółki", napisanego w nieoczekiwanym przypływie natchnienia w melancholijną rocznicę śmierci Pauli Modersohn-Becker, przeł. A. Pomorski; na fotografii: Paula na werandzie swego domu, rok 1901, Paula-Modersohn-Becker-Stiftung, Bremen}

Pod koniec maja roku 1898 Rilke dowiaduje się, że Lou Andreas-Salomé ma zamiar odwiedzić przyjaciół w Gdańsku; szybko zmienia plany, by móc spotkać się z nią w Sopocie. Nie obawia się bynajmniej wyjazdu nad chłodniejsze wybrzeże Bałtyku po miesiącach spędzonych pośród uroków słonecznego Viareggio. Do Sopotu Rilke zamierza wyruszyć przez Innsbruck i Monachium; ostatecznie pojedzie przez Wiedeń, Pragę i Berlin. Spotkanie z Lou, do którego doszło w połowie czerwca, zniweczyło wszelkie nadzieje płomiennego kochanka — pisze Donald Prater w biografii „Dźwięczące szkło”. — Lou od dłuższego już czasu zdawała sobie sprawę, że ich związek nie ma przyszłości, a to spotkanie — w tak obcym otoczeniu, z dala od intymności Wolfratshausen czy nawet Schmargendorfu — wydawało się jej właściwą okazją, aby go w delikatny sposób zakończyć. Rainer z początku był rozgoryczony i zawstydzony. „Tym razem ja chciałem być tym bogaczem, kimś, kto obdarowuje, kto zaprasza w gościnę, panem domu, a Tyś powinna była przyjść do mnie i, otoczona mą miłością i opieką, radować się moją gościnnością. Tymczasem zaś stałem znów przed Tobą jak najuboższy żebrak u progu Twego domostwa, które spoczywa na szerokich, mocnych kolumnach”. Poeta przyszedł do niej „wpatrzony w przyszłość”, lecz w tych jałowych dniach, spędzonych u brzegu chłodniejszego morza, znalazł jedynie nieszczęśliwe wspomnienia ich wspólnej przeszłości; nie potrafił choćby na chwilę ożywić ich radości. Ofiarował jej dziennik, który napisał z myślą o niej, lecz w jej oczach nie ujrzał zadowolenia, Lou traktowała go z irytującą delikatnością i próbowała dodać mu odwagi. Zaczął ją nawet nienawidzić, jak się nienawidzi „czegoś zbyt wielkiego”. Nie pragnął słów pocieszenia i czuł, że musi uciec od tych mąk upokarzającej go łaskawości. Kiedy jednak zabrał się do spisywania swych przeżyć na ostatniej stronicy dziennika, nie stroniąc od szczerej i niezwykle przejrzystej analizy, otucha napełniła jego serce. Lou uświadomiła mu, że ich związek nie może przetrwać, choć pozostaną sobie bliscy intelektualnie; zadała mu też „twarde jak spiż pytanie: Co zamierzasz czynić?”. Wówczas zrozumiał, że ona nadal pozostanie jego ideałem. „Jak długo będę mógł iść, Ty zawsze będziesz przede mną… Prawdziwa wartość mej książki kryje się w poznaniu istoty artyzmu, do którego wiedzie jedna tylko droga i który się na koniec jednak zdobywa, gdy się osiągnie dojrzałość”. {Fragmenty biografii „Dźwięczące szkło” D. Pratera w przekładzie D. Guzika; fragmenty dziennika Rilkego w przekładzie W. Markowskiej; na fotografii: hotel Werminghoff w Sopocie, w którym latem 1898 roku zamieszkał Rilke}

Długo zwiedzałem dzieła sztuki we Florencji. Godzinami mogłem przesiadywać przed jakimś obrazem, by wyrobić sobie o nim zdanie, porównując je potem z pięknymi ocenami Burckhardta. Kiedyś zapomniałem stojąc przed Magnificat Botticellego i mych własnych określeń, i obcych formułek. I wtedy to się stało. Czułem się, jakbym stoczył bój i odniósł zwycięstwo… I ogarnęła mnie nieznana dotąd radość. {Rilke na kartach „Dziennika florenckiego”, przeł. W. Markowska; poniżej: Sandro Botticelli „Madonna del Magnificat” (detal), Uffizi, Florencja}

Rilke na starej fotografii. Wielkanoc roku 1923. Poeta w towarzystwie swego mecenasa Wernera Reinharta oraz australijskiej skrzypaczki Almy Moodie podczas wycieczki do Sionu. W tle majestatyczne ruiny Château de Tourbillon.

Latem roku 1917 do Böckel przyjechał na kilka tygodni Rainer Maria Rilke. Nie wyobrażałam sobie, by mógł zamieszkać w nowym skrzydle pałacu, pochodzącym z lat osiemdziesiątych, w komnatach dowolnej wysokości i rozmiarów. Dlatego urządziłam dla niego trzy pokoje w starej zamkowej wieży. Niewielka sypialnia. Nie przeszkadzały mu rozbrzmiewające tam czasem o późnej porze pohukiwania sów. Tuż obok nieco większy pokój do posiłków i popołudniowego wypoczynku oraz drugi, najobszerniejszy, o głębokich okiennych niszach, do pracy. Niegdysiejszy ołtarzyk chrzcielny przerobiono na pulpit. Na szczęście stary ogrodnik zasadził heliotrop, donice z kwiatami ustawiłam w obydwu oknach. Te niezwykłe ciemnoliliowe rośliny o oszałamiającym zapachu wanilii lubił Rilke najbardziej. Nie miałam pewności, czy ten subtelny, wrażliwy człowiek, zdławiony przygnębieniem przedostatniego roku wojny, znajdzie w naszym majątku ukojenie. — Hertha Koenig „Moje wspomnienia o Rainerze Marii Rilkem” Poniżej: stara zamkowa wieża w Gut Böckel, w której gościł Rilke latem roku 1917

Ach, Chère, jakże ja nienawidzę tego narodu… cóż to za wybryk natury! To nie jest naród, to nie naród! To masa, użyteczna dla każdego wybryku pyszałków; obojętna wobec każdej idei, lecz dumna z tego, że tyle idei «przepędziła». Niczego nie potrafi spożytkować, lecz wszystko tylko wyzyskuje… Żaden to naród, żadne państwo: to związek niskich instynktów… jest tam wszystko, lecz nic nie wyrasta z ziemi, a jedynie zwiesza się z góry w ponurą pustkę serca i przekonań… {Rilke w liście do Nanny Wunderly-Volkart; poniżej: portret poety naszkicowany przez Loulou Albert-Lazard}

„To ludzie cisi, a ich codzienności nie wypełnia zgiełk ni porywczość…” — zapisała w dzienniku Lou Andreas-Salomé. Poniżej: Rilke i Lou Andreas-Salomé wraz z poetą rosyjskim Spiridionem Droszynem w majątku Nowinki, należącym do hrabiego Mikołaja Aleksiejewicza Tołstoja, rok 1900; nazwiska osób na fotografii zanotował własnoręcznie Droszyn (ze zbiorów Muzeum Droszyna, Sawidowo).

W Paryżu przy 11, rue Toullier (to pierwszy adres Rilkego w stolicy Francji) odsłonięto właśnie pamiątkową tablicę, ozdobioną słowami zaczerpniętymi z kart „Maltego”: A gdyby tak zacząć, od początku zupełnie, uczyć się pracy Miłości, która zawsze za nas była czyniona? Zacytujmy cały akapit: A gdyby nam tak pogardzić sukcesami, gdyby tak zacząć, od początku zupełnie, uczyć się pracy Miłości, która zawsze za nas była czyniona? Gdyby tak pójść nam i stać się nowicjuszami – teraz – kiedy się wiele przemienia?

Nie powinien Pan tedy lękać się, gdy wznosi się przed Panem smutek, tak wielki, jakiego Pan jeszcze nigdy nie widział, kiedy w Pana dłoniach i we wszelkim działaniu drga niepokój jak światło i cień chmur. Musi Pan myśleć, że coś się z Panem dzieje, że życie nie zapomniało o Panu, że trzyma Pana w ręku; nie pozwoli Panu upaść. {Z „Listów do młodego poety”, przeł. J. Nowotniak; poniżej: Odilon Redon „Red Thorns”}

Nie zapominaj nigdy życzyć sobie czegoś, Malte. Życzeń pozbywać się nie trzeba. Myślę, że nie ma spełnień, ale są życzenia trwające długo, całe życie, tak iż spełnienia i tak doczekać by się nie można. {Z „Maltego”, przeł. W. Hulewicz; poniżej: George Hendrik Breitner „Girl in Red Kimono”, 1893-1895}

Jakże istotne, by być samotnym i uważnym, gdy jest się smutnym: albowiem ten moment pozornej drętwoty i przerwy w zdarzeniach, w którym zachodzi do nas nasza przyszłość, jest o wiele bliższy życiu niż ów inny, głośny i przypadkowy punkt w czasie, gdy przydarza się nam ona jakby z zewnątrz. Im cichsi, cierpliwsi i bardziej otwarci jesteśmy w naszym smutku, tym głębiej i pewniej wnika w nas to, co nowe, tym pełniej to zdobywamy, w tym większym stopniu stanie się ono naszym losem. {Z „Listów do młodego poety”, przeł. J. Nowotniak; poniżej: Childe Hassam „The New York Window”, 1912}

Gdybyśmy mogli widzieć dalej, niż sięga nasza wiedza, i jeszcze wychylić się trochę poza forty naszych przeczuć, to może wówczas znosilibyśmy nasze smutki z większą ufnością niż nasze radości. Są to bowiem chwile, w których wstąpiło w nas coś nowego, coś nieznanego; nasze uczucia milkną w lękliwym zakłopotaniu, wszystko w nas się wycofuje, powstaje cisza, a w niej stoi pośrodku i milczy coś nowego, czego nikt nie zna. {Z „Listów do młodego poety”, przeł. J. Nowotniak; poniżej: Edvard Munch „The Kiss”, 1921}

Istnieje tylko jedna samotność, ta wielka, i niełatwo dźwigać jej brzemię. I bywają chwile – prawie wszyscy je znają – gdy z chęcią zamienilibyśmy ją na jaką bądź, choćby najbanalniejszą i najtańszą wspólnotę, na pozorną, nic nieznaczącą zgodność z pierwszym lepszym, najmniej godnym człowiekiem… Ale zarazem są to chyba te właśnie chwile, w których wzrasta samotność; jej wzrastanie jest bowiem bolesne jak dorastanie chłopca i smutne jak początek wiosny. {Z „Listów do młodego poety”, przeł. J. Nowotniak; poniżej: Edvard Munch „The Storm”, 1893}

Wyjeżdżam roztargniony i znużony. Proszę nie zapominać, że samotność jest moim przeznaczeniem, że nie wolno mi nikogo pragnąć, że cała moja siła ma swe źródło w odosobnieniu… Błagam tych, którzy mnie kochają, by pokochali moją samotność… {Rilke w liście do Mimi Romanelli; poniżej: William Vincent Cahill „Thoughts of the Sea”, 1919}

A teraz opadły mnie zwątpienie i niepewność, wszystkie drogi przede mną splątane… dokąd wiodą? W jednej chwili wszystko wokół mnie pociemniało. Sam nie wiem, gdzie jestem. Czuję jedynie, że znajduję się pośród obcych mi ludzi… Czuję w sobie coś, co każe mi czekać. Tak wiele nowych rzeczy tłoczy się przede mną, nie umiem tego nawet nazwać i rozróżnić. Ach, o jakiejś chwili ogarnąć spojrzeniem las i morze, chłonąć tę wspaniałość natury i czekać: a jasność się stanie. {Z „Dziennika florenckiego”, przeł. W. Markowska; poniżej: Berthe Morisot „Snowy Landscape”, 1880}

Pomyśl: może by wtedy już dowiedzieli się wzajem, jakie by cuda mogli podzielić ze sobą. — Lecz gdy on z wolna zacieśniał się późnych lat krajem, była wschodzącym dzieckiem, zaledwie przyszłą osobą. Ją, może – ją, gdy z przyjaciółkami szła rozbawiona, już wtedy przeczuł w tęsknocie chłopięcej, znając tę obręcz serca, gdzie by zmieściła go ona, a dzisiaj dzieli ich Nic, pięć dziesięcioleci, nie więcej. {Z „Wierszy rozproszonych”, przeł. M. Jastrun; poniżej: Childe Hassam „A New York Blizzard”, 1890}

Kiedym dawniej tęsknił za czymś trwałym, za domem, za ludźmi, co by całkowicie do mnie należeli, za codziennością – jakże się myliłem. Od kiedym to posiadł, rozpada się wszystko, jedno po drugim… Bywają tacy, którzy to potrafią. Inni jednak są samotnikami z charakteru i nie zostali stworzeni do życia we wspólnocie. Każdy związek kryje w sobie zagrożenie i wrogość… najukochańsi zaś ludzie wciągają w ciasny krąg codzienności, spoza której próżno sięgać dalekich przestrzeni. {Z listu do Lou Andreas-Salomé, przeł. W. Markowska; poniżej: Alfred Sisley „Fog. Voisins”, 1874}

Dokąd zmierzają, kiedy tak pędzą przez ulice? Gdzie śpią, a gdy nie mogą zasnąć, co się przesuwa przed ich smutnymi oczami? O czym rozmyślają, gdy tak przesiadują całymi dniami w ogrodach, pochyleni, z głową wspartą na dłoniach, jakby tu przyszli z daleka, by się wzajem ukryć przed sobą? Jakimi słowami mówią do siebie, gdy się ich wargi poruszają? Czy są to jeszcze rzeczywiście słowa? Czy mówią jeszcze normalnymi zdaniami, czy też wyskakują one z nich dziko, jak z płonącego teatru, w bezładzie, że nie wiadomo, czy to widz, czy aktor, słuchacz czy bohater sztuki? Czyż nikt nie pomyśli, że i ono mieli dzieciństwo, które utracili, że mieli siłę, co w nich osłabła, i miłość, którą zdeptano? {Z listu do Lou Andreas-Salomé, przeł. W. Markowska; poniżej: Frederick Childe Hassam „Paris Street Scene, Autumn”, 1889}

Komu poskarżysz się, serce? Coraz to odludniejszą drogę sobie torujesz wśród niepojętych ludzi. Może tym bardziej daremną, że nie zbacza w swym biegu, nie zbacza w biegu w przyszłość, w tę już straconą. {„Skarga”, przeł. A. Pomorski; poniżej: Winslow Homer „At The Window”, 1872}

Jak ucisk zmory sennej jest jego opieka, a jego głos ma dla nas głazu ciszę — i chcielibyśmy, co mówi, usłyszeć, lecz sens słów jego na wpół nam ucieka. Pomiędzy nim a nami wielki dramat, zbyt hałaśliwy, byśmy się porozumieli, kształt jego ust widzimy, gdzie głos zamarł i rozwiał się w bezmiarze, co nas dzieli. {Z „Księgi godzin”, przeł. M. Jastrun; poniżej: Edvard Munch „Moonlight”, 1896}

Po raz pierwszy moje myśli o Pani przepełnia jedynie gorycz… Jakże inaczej wyglądałoby moje życie, gdybyś roztoczyła Pani opiekę nad moją samotnością… Wyjeżdżam roztargniony i znużony. Proszę nie zapominać, że samotność jest moim przeznaczeniem, że nie wolno mi nikogo pragnąć, że cała moja siła ma swe źródło właśnie w owym odosobnieniu… Błagam tych, którzy mnie kochają, by pokochali moją samotność… {Rilke w liście do Mimi Romanelli; poniżej: Giuseppe de Nittis „Before the Dance”, 1879}

Kochający mogliby to wypowiedzieć cudownie, w powietrzu nocnym, gdyby umieli, gdyż może wszystko nas zataja. Patrz, drzewa są, domy zamieszkiwane przez nas jeszcze trwają. My tylko mijamy obok wszystkiego jak fala powietrza. {Z „Elegii duinejskich”, przeł. M. Jastrun; poniżej: Edward Burne-Jones „The Beguiling of Merlin”, 1872-77}

Obyśmy się tylko mogli zobaczyć, kochana Lou, to teraz moja najdroższa nadzieja. Moja ostojo, moje Wszystko, jak zawsze… Tylekroć sobie powtarzam, że jedynie dzięki Tobie wiąże mnie coś z tym wszystkim, co ludzkie, Tyś we mnie to wzbudziła, jedynie dzięki Tobie przeczuwam to, oddycham tym, inaczej pozostałbym na uboczu spraw człowieka i stałbym się dla niego niezrozumiały. {Z listu do Lou Andreas-Salomé, przeł. W. Markowska; poniżej: Edvard Munch „Pocałunek”, 1892}

Piękno, okropność: co chce, niech się stanie. Idź: nie jest końcem żadne doznanie. Pamiętaj, trzymaj się mnie. Stąd niedaleko, gdzie prowadzę, jest kraj. Nazywa się: życie. Poznasz je po jego powadze. Rękę mi daj. {Z „Księgi godzin”, przeł. Adam Pomorski; poniżej: Francis Day „Woman with a Harp”}

My, zdani jedynie na siebie samych, nie znając się wzajem, samotniej znaczymy ścieżki… {Z „Sonetów do Orfeusza”, przeł. M. Jastrun; poniżej: Elizabeth Adela Forbes „The Leaf”, 1897/1898}

Tylko Tobie mogłem o tym pisać, bo tęsknię za tym, by móc przed Tobą otworzyć mą duszę, byś mnie mogła przejrzeć na wskroś… Wciąż jeszcze nic nie nabrało kształtów, wciąż nie ma nic, co by mogło o mnie zaświadczyć – czy w ogóle to kiedyś nastąpi? Czuję, jakby coś zbyt głęboko we mnie wnikało, zapadało, wsączało się całymi latami, aż w końcu brak mi siły, by to wszystko z siebie wydobyć, i wlokę się smutny, z głową ciężką od uczuć i myśli, i nie potrafię nic z siebie wykrzesać… Życie toczy się dalej i jest jak dzień… Życie płynie, omija wielu, ginie w oddali, okrąża z daleka czekających. {Z listu do Lou Andreas-Salomé, przeł. W. Markowska; poniżej: Georges Seurat „A Summer Landscape”, 1883}

Zaznałem w całej pełni pożegnania. Jak dziś pamiętam: czarne i okrutnie nieopłakane Coś, co znów odsłania, przedkłada piękny splot, aż wątek utnie. Dziwnie mi było patrzeć bez obrony, gdy wołał za mną pozostając w tyle jak wszystkich kobiet kształt ucieleśniony ten tylko mały, biały znak – i tyle: znak, który odtąd już mnie nie przyzywa, cicho oddalający się – bez mała niezrozumiały… {„Pożegnanie” z tomu „Nowe wiersze”, przeł. A. Pomorski; poniżej: Władysław Wankie „Samotna w parku”, ok. 1900}